opowiadanie neurotyczno-psychotyczne
z pogranicza bardziej snu niż jawy
Szedł nerwowo rozglądając się na boki korytarzem zdającym się nie mieć początku ni końca. Rytm jego kroków wyznaczały w równych odległościach drzwi po obu jego stronach.
- Przecież ten piekielny korytarz musi się kiedyś skończyć - mruknął do siebie coraz bardziej zaniepokojony.
Przyśpieszył kroku. Przypomniał mu się amerykański film, którego bohater zgubił się w labiryncie urzędowych korytarzy, w ręku niosąc teczkę ze scenariuszem filmu.

Niestety, korytarz nie chciał się skończyć. Zatrzymał się, a następnie obejrzał do tyłu. Ledwie oświetlone mdłym światłem wnętrze sprawiało ponure wrażenie. Ruszył. Wiedział, że w końcu będzie musiał jedne z tych znajdujących się po obu stronach otworzyć. Zarazem czuł, że otwarcie wszystko jedno których drzwi wcale nie musi być dobrym wyjściem z sytuacji. Miała nieodparte wrażenie, iż jakimś dziwnym trafem znalazł się w potrzasku. Zatrzymał się ponownie. Przezwyciężając obawę nacisnął mosiężną klamkę najbliższych drzwi. Ustąpiły, i po chwili znalazł się w nienaturalnie jasnym, oświetlonym pomieszczeniu przypominającym salę gimnastyczną. Duże okna pod sufitem lekko przysłaniały ochronne kraty, świeżo nabłyszczone lakierem parkietowe podłogi odbijały światło z sufitu. Po obu stronach auli?, sali? Znajdowały się się długie drewniane ławy. Niezwykłe w tym banalnym wnętrzu było tylko to, że na jednej z tych ław, bliżej niego, w równym ordynku znajdowały się posadowione ludzkie głowy!!!
Początkowo miał nadzieję, że to głowy zdjęte z manekinów. Sztuczne, jakkolwiek zdumiewająco przypominające głowy prawdziwe. Ze zgrozą jednak stwierdził, że od czasu do czasu na pozór nieruchomo wpatrujące się w niego oczy mrugają!!!
Czuł, jak narasta w nim nie do powstrzymania agresja, stopniowo wypierająca lęk. Obrócił się gwałtownie w lewo i z całej siły kopnął pierwszą w szeregu głowę. Zleciała z ławki i potoczyła się na środek auli. Przez chwilę panowała dzwoniąca w uszach cisza. Po chwili wszakże kopnięta głowa otworzyła przypominające czarną czeluść usta i wydała z siebie przenikliwe aaaaa! Do tego piekielnego i nieomal paraliżującego zmysły krzyku przyłączyły się pozostałe tkwiące na ławie głowy. Odgłos niekończącego się aaaaa! wzmacniany ogromem gimnastycznej sali przybierał coraz bardziej na sile. Zdawało się, że zaraz pękną mu bębenki. To już nie był krzyk. To był wszechogarniający, niekończący się wrzask...

Ciało pchnięte gwałtownym impulsem uniosło się do góry z pozycji leżącej. Otworzył oczy. Wokoło znajdowały się znajome przecież obrazy, książki i płyty. Typowe wnętrze statystycznego inteligenta. Zrzucona nie wiadomo kiedy kołdra leżała na podłodze.
- A więc to był tylko sen - powiedział do siebie. - Może i szkoda - dodał po chwili.
Autor: Ryszard Ratajczak