Czworonóg

Zapadał zmierz. Emerytowany profesor Nauk Stosowanych Edmund Kont ze wzrastającą irytacją zerkał na coraz bardziej ciemniejący za oknem horyzont. Organicznie nie znosił zimowej pory, bowiem wiązała się ona z przedwczesnym - zdaniem profesora - zapadaniem ciemności. Z buchalteryjną do­kładnością wyliczał, ile jeszcze zostało godzin, minut - a nawet sekund, zanim nastąpi przesilenie i dzień będzie się wreszcie wydłużał.

Irytacja wiązała się u niego z melancholią przechodzącą w głęboką neurozę, którą z najwyższym trudem zwalczał. Zanim przeszedł na emeryturą, w środowisku naukowym znany był z niezwykle wnikliwych - choć zdaniem niektórych nieco bełkotliwych - komentarzy słynnych Krytyk Emmanuela Kanta.

W przeciwieństwie do współczesnych wyobrażeń o wyglądzie naukowców humanistycznych - szczupłych, nieco kostycznych w sposobie bycia i ubranych w sztruksowe marynarki, profesor Kont był mężczyzną słusznej postury, zwalisty o wielkiej łysej głowie. Swoje teorie formułował tonem nie znoszącym sprzeciwu i apodyktycznym.

Poczłapał w kierunku okna i zasłonił je ciężką, ciemnobordową kotarą. Jego wielkim, ociężałym ciałem wstrząsnął dreszcz chłodu. Przysiadł się do kaloryfera i jął się ocierać plecami o wystające żeberka, zupełnie jak kot albo pies. Próbował się przeciągnąć siedząc, ale nie sprawiło mu to żadnej przyjemności.

Dopiero kiedy przyjął postawę "na czworaka", charakterystycznym ruchem dla czworonogów najpierw wysunął dwie ręce do przodu, a całe ciało przesunął zmysłowo w tył i do przodu, poczuł nieopisaną wprost przyjemność, przechodzącą nieomal w seksualną rozkosz.

Profesor Kont posiadał pewną, starannie przed otoczeniem skrywaną słabość; były nią coraz trudniej i niechętniej zwalczane potrzeba i pragnienie chodzenia na czworakach. Początkowo pomysł ten traktował jak żartobliwy kaprysik, igraszki przerafinowanego intelektualisty. Na przykład schodząc z łóżka - myślał sobie - cóż by się takiego stało, gdybym do toalety podreptał na czworakach? Inna rzecz - mruczał do siebie, należałoby ją przerobić tak iżbym mógł się załatwiać jak przystoi istotom czworonożnym. Właśnie istotom.

Niestety, coraz trudniej przychodziło mu zwalczanie tej jakże niecodziennej namiętności. Miał świadomość, że chodzenie na czworakach to jakaś forma degradacji człowieczeństwa. To regres w ewolucji. Przypomniał sobie nowelę Kafki, której bohater Gregor staje się obrzydliwym robakiem, zachowując zarazem jasność umysłu. Pocieszał się, że ON nie ulega żadnej przemianie, a chodzenie po mieszkaniu na czworakach - w każdym bądź razie tymczasowo i hobbystycznie - to przecież nic takiego.

Pewnym novum w jego egzystencji było wydawanie nieartykułowanych odgłosów. Początkowo nie był tego świadom, że pochrząkuje jak dzik albo wydaje z siebie lekko stłumione porykiwania przechodzące od bardzo niskich po niezwykle wysokie, przypominające skowyt.

Czasem były to popiskiwania, czasem zaś charakterystyczne miaukoty, jakby kotki w rui. Profesor zupełnie nie zdawał sobie sprawy także z tego, że inaczej niż do tej pory się odżywia. Zrzucił bowiem ze stołu i lodówki artykuły żywnościowe na podłogę i jadł bezpośrednio ustami, choć bardziej właściwe byłoby określenie "brał do pyska". Zapewne w jakieś mierze czynności te wykonywane były poza świadomością, autonomicznie.

U profesora dokonywało się coś na kształt rozdwojenia jaźni. Z jednej strony coraz silniej odzywała się w nim pierwotna natura zwierzęca, z drugiej zaś nie przestawał snuć w myślach komentarzy do wzmiankowanych wcześniej Krytyk Emmanuela Kanta. A przypomnę, że chodzi o Krytyki: praktycznego rozumu, czystego rozumu, władzy sądzenia i uzasadnienie metafizyki moralności. Jak to w ogóle było możliwe? To właśnie w momencie tych wysublimowanych rozważań, nasz bohater wydawał nieprawdopodobne odgłosy, nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy.

I nie wiadomo jak długo by ta historia się ciągnęła, gdyby nie pani Pelagia, sąsiadka, jedyna zaprzyjaźniona z profesorem osoba. Zaniepokojona odgłosami dobywającymi się z sąsiadującego mieszkania, postanowiła przekonać się o co chodzi. Początkowo sądziła, że to są to dźwięki towarzyszące filmom popularno-naukowym, które czasem profesor oglądał.

Zapukała do drzwi. Najpierw raz, po chwili drugi. Nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły i pani Pelagia przestąpiła próg korytarza, a następnie pokoju. Jej oczom ukazał się zdumiewający pod każdym względem widok stojącego na środku pokoju, w pozycji "na czworakach", profesora. Z jego ust wydobywał się osobliwy słowotok, którego w żadnym razie pani Pelagia nie mogła zrozumieć.

- Ależ panie profesorze - zawołała - Co się z panem stało!

W odpowiedzi usłyszała tylko splątaną mieszaninę spółgłosek i samogłosek, których żadną miarą nie da się opisać.

Autor: Jan Kowalski
Ilustracje: Robert Żytyński

Pozostałe opowiadania
2.10.2009  Załatwione odmownie
2.10.2009  Krzyk
Copyright www.dtp-service.pl © 2004 | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie lub jakiekolwiek inne powielanie i wykorzystywanie wszelkich materiałów zamieszczonych
w serwisie - bez zgody redakcji - wzbronione. Kontakt: redakcja@lubie.walbrzych.pl