Trzynasty kwartet

"...muzyka - dźwiękiem nadziei."
Tomasz Mann

To doprawdy zdumiewające, jak dalece pan Antoni - urzędnik niższej rangi, nie rzucał się w oczy. Był postacią absolutnie i całkowicie bezbarwną i przeźroczystą. Średniego zaledwie wzrostu o szarej sprawiającej wrażenie jakby była nieco wymiętą twarzy tak doskonale i mimowolnie wtapiał się w tło, iż sprawiał wrażenie jakby go w ogóle nie było. Znalazłszy się w polu widzenia kogokolwiek, stawał się na siatkówce zaledwie ciemną i bezkształtną plamką... Jeśli nawet postrzegano w nim człowieka, to zupełnie pozbawionego rysów twarzy. Obrazu dopełniał szary, znoszony garnitur z przykrótkimi spodniami oraz skórzana teczka, którą pan Antoni miał zawsze przy sobie. Któregoś razu uczestniczył mimo woli w poważnym wypadku, podobnie zresztą jak parę innych osób. Świadek, który opisywał ów wypadek wymienił wszystkie poza naszym bohaterem. Jego jakoś nie dostrzegł...

Od niepamiętnych czasów pracował w miejscowym urzędzie. Zmieniali się naczelnicy, przychodzili coraz to nowi szefowie wydziałów a pan Antoni tkwił niezmiennie na swoim stanowisku starszego referenta. Być może stabilność zawodową zawdzięczał owej tajemniczej przeźroczystości. Być może zmieniający się jak rękawiczki naczelnicy nie dostrzegali pana Antoniego?

Miał on wszakże dwie namiętności: pierwszą, o której wiedzieli wszyscy, a mianowicie nałóg nikotynizmu i drugą pozostającą w głębokiej tajemnicy i przejawiającej się w namiętnym słuchaniu muzyki klasycznej zwanej czasem, nie zawsze fortunnie muzyką poważną. Posiadał nabyty kosztem wielu wyrzeczeń dobrej klasy sprzęt odtwarzający, dzięki któremu mógł bez reszty oddawać się kontemplacji symfonii Mahlera lub ukochanych przez siebie kwartetów Dymitra Szostakowicza. Niewielkie nadwyżki posiadanej gotówki wydawał na płyty z muzyką ulubionych kompozytorów dzięki czemu dorobił się całkiem niezłej kolekcji. Specjalnie cenił muzykę II połowy XIX wieku oraz początki XX ze szczególnym uwzględnieniem kameralistyki.

Niestety, ta pierwsza wymieniona wyżej przypadłość stała się przyczyną tragedii. Pan Antoni dowiedział się, że jest nieuleczalnie chory na raka płuc. Właściwie to umierający. Zasugerowano mu, iżby dokonał rachunku sumienia i szykował się do zejścia. Jako osoba samotna i bez rodziny zwolniony był z troski o testament i sprawy spadkowe. Wszakże jakoś uporządkować i podsumować swoje życie powinienem - zastanawiał się. Ciekawe, iż nie specjalnie zadręczał się perspektywą śmierci. Myślał sobie: to tak jakbym zasnął i się nie obudził! Tyle tylko, że nie będę nic śnił?

Wprawdzie dla wszystkich razem i z osobna był nikim, ale dla siebie samego był wszystkim. Całym światem, a nawet mikrokosmosem, a tu perspektywa nicości!

Pan Antoni posiadał - mimo namiętności do muzyki - niewielkie oszczędności. Na tzw. czarną godzinę. Po wielodniowych przemyśleniach, które miały stanowić rozliczenie się z życiem ostatecznie doszedł do wniosku, iż swoje oszczędności przeznaczy na ostatni koncert. Koncert absolutnie wyjątkowy. Postanowił sobie, iż w trzecią noc po jego śmierci, kiedy będzie leżał na marach w kaplicy cmentarnej, punktualnie o 1200 w nocy wynajęty kwartet smyczkowy wykona jego ukochany 13 kwartet Szostakowicza. Na ten koncert postanowił przeznaczyć swoje oszczędności. Naturalnie wyznaczony termin wykonania ostatniego koncertu w żadnym razie nie był przypadkowy. Mimo, iż był tylko "plamką ciemną na siatkówce w oku mijającego go przechodnia", zarazem jako człowiek oczytany, na przykład w dziełach tak poważnych jak Tybetańska Księga Umarłych czy Rozważania Wielkich Mistyków wiedział, iż dusza opuszcza ciało przez trzy dni i noce. Dlatego właśnie ustalił termin wykonania trzynastego kwartetu w trzecią noc po śmierci - ściślej, po ustaniu pracy serca...

Nie było łatwo przekonać zespół muzyczny do takiego - przyznajmy - nieco makabrycznego występu. Dopiero trzykrotne honorarium przekonało członków zespołu.

Punktualnie o północy, w trzy dni po śmierci pana Antoniego zespół kameralny pojawił się w kaplicy cmentarnej. Po zwyczajowym w takich razach strojeniu instrumentów rozpoczął grę. Truchło inicjatora koncertu znajdowało się na katafalku, mniej więcej na wysokości siedzących muzyków. Czy te - przyznajmy - dość niecodzienne okoliczności, czy też wyjątkowo dobra akustyka w kaplicy, czy wreszcie prawdziwie cmentarna cisza, inkrustowana tylko odgłosami skwierczących świec, sprawiły, że zespół grał wyjątkowo pięknie. Zachwycające dźwięki adagia oplatały postać leżącego na marach pana Antoniego niczym śmiertelnym woalem. Po zakończeniu koncertu, muzycy pochowali instrumenty i w zupełnej już ciszy poczęli wychodzić. Ostatnia szła wiolonczelistka. Powodowana jakimś impulsem odruchowo spojrzała w twarz leżącego. Jakież było jej zdumienie przechodzące w przerażenie, gdy ujrzała, iż po jego policzku toczy się wielka, przeźroczysta łza... Czem prędzej pobiegła do pozostałych muzyków, którzy opuścili już wnętrze kaplicy i krzyknęła, iż nieboszczyk ożył!! Żeby natychmiast się wrócili, i sami zobaczyli, że mówi prawdę!!!

- Co ty opowiadasz. To są wolne żarty i przywidzenie - usłyszała w odpowiedzi. - To z pewnością migocący refleks z palącej się świecy. I tyle.

Nie wiem, czy ten argument przekonał wiolonczelistkę. Muzycy wsiedli do auta i z piskiem opon odjechali.

 

Autor: Ryszard Ratajczak
Ilustracje: Robert Żytyński

Pozostałe opowiadania
23.01.2009  Załatwione odmownie
23.01.2009  Krzyk
Copyright www.dtp-service.pl © 2004 | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie lub jakiekolwiek inne powielanie i wykorzystywanie wszelkich materiałów zamieszczonych
w serwisie - bez zgody redakcji - wzbronione. Kontakt: redakcja@lubie.walbrzych.pl