Wynalazek radia, a zwłaszcza wprowadzenie w użycie głośników, stworzyło nową, nie znaną dotąd udrękę. Powstał nowy imperializm, imperializm dźwiękowy. Grozę powiększa fakt, że jest to imperializm permanentny. Agresor atakuje nas przy jedzeniu, spaniu, pracy i odpoczynku. Zwłaszcza latem w miejscowościach wypoczynkowych nieprzyjaciel nie daje nam chwili wytchnienia, zajmuje bazy na korytarzach, w jadalniach, w domach sasiednich i w naszych własnych pokojach. Od rana do wieczora radio ryczy, syczy, wyje, piszczy, chrypi, wrzeszczy, świszcze, huczy.
Muzyka stała się najbardziej arogancką ze sztuk. Jakże dyskretne i dobrze wychowane wydają się inne sztuki piękne! Któregoś dnia, gdy zmęczony muzyką taneczną, dobiegającą z dansingu, i muzyką symfoniczną, przedzierającą się przez ścianę od mego sąsiada melomana - zasnąłem wreszcie, przyśnił mi się senpełen grozy. Oto muzy malarstwa, rzeźby, architwktury i literatury pozazdrościły muzyce i równej zażądały nad człowiekiem władzy. Po przebudzeniu, gdy wziąłem rankiem książkę leżącą na stoliku nocnym i zacząłem ją czytać, zdarzył się fakt przeraźliwy i krew w żyłach mrożący. Gdy znudzony tą powieścią współczesną, która miała dwa lata temu załatwić niezmiernie ważne zagadnienia terenowe, które tymczasem stały się nieważne, i napiętnować pewne sprawy, które tymczasem stały się godne pochwały, próbowałemodłożyć książkę, która nie dała się zamknąć. Wobec tego spróbowałem zamknąć oczy i oto jakaś siła obca i nieznana przemocą otworzyłą mi powieki. A więc to nie był sen. Musiałem czytać powieść wbrew mej woli, powieść napisaną na innym etapie! Co gorsza, nagle, gdy moje prawe oko śledziło dzieje pozytywnego bohatera, pod moje lewe oko zakradł się wiersz. Nie było tam rytmu, rymów i sensu, ale powtarzały się co parę linijek nazwy krajów i słowo gołąb, co było oczywistym dowodem, że jest to utwór autora bardzo upolitycznionego. Wiersz i powieść mieszały się razem, co zresztą nie wpływało na pogorszenie się powieści ani nie psuło wiersza, a raczej nieco łagodziło sytuację.
Po paru godzinach nagle przyszedł moment ulgi. Książka dała się zamknąć, wiersz znikł z pola mego widzenia. Była to jednak tylko ulga chwilowa, bo oto nagle moje prawe oko wypełniło się wielkim obrazem olejnym o tematyce produkcyjnej. Na podium koloru brukwi stał robotnik w bluzie koloru brukwi i w ręku trzymał papier tego samego koloru co podium. Obok stało paru właścicieli twarzy koloru marengo w czerwony rzucik oraz przedstawiciel młodzieży koloru brukwi. Jednocześnie przed moim okiem lewym ukazała się głowa kobiety o trzech oczach w twarzy ozdobionej kapeluszem, na którym spoczywał ościotrup śledzia. Nie miałem wątpliwości, iż mam przed sobą z prawa obraz profesora G., a z lewa Picassa. Mimo iż oba te kierunki malarskie znajdują zgodne pomieszczenie w głowach naszych oficjalnych krytyków plastycznych, w mojej głowie pomieścić się nie mogły.
Zacząłem krzyczeć z bólu i rozpaczy, ale jęki moje zagłuszało radio, które w tej chwili odezwało się z nową mocą i wigorem. Była tam teraz i muzyka taneczna, i symfoniczna, i ludowa, jednocześnie nadawano audycję literacką, na którą składały się fragmenty wspomnianej już przeze mnie powiści, i wiersz na temat drobiu. Zemdlałem. Gdy ocknąłem się, z ulgą skonstatowałem, że to jednak wszystko było snem. Znikły obrazym książka dawała się grzecznie zamknąć, tylko radio wciąż trwało.
Czyż istotnie nie ma ucieczki przed tą arogancką muzą, przed tym Orfeuszem opętanym? Istnieje wielka i poważna organizacja, która się nazywa Komitet Obrońców Pokoju. Mam nieśmiałą propozycję, aby ten Komitet wyłonił mały podkomitecik obrońców pokoju sypialnianego, pokoju jadalnego i pokoju do pracy przed agresją muzyki.
A może po prostu komitet obrońców spokoju? Albo międzynarodowy komitet do walki z radioidiotami?
Autor: Antoni Słonimski