Wokalista formacji Stone Sour (dla formalności, także Slipknot) wszem i wobec rozpowiada, że znalazł kobietę swego życia i w końcu jest szczęśliwy. Ów stan miłosnego upojenia znalazł oczywiście odbicie w muzyce. Może Corey Taylor nie śpiewa o ćwierkających ptaszkach i pachnących kwiatkach, ale na wersy pokroju "I don't wanna live without you, 'cause God only knows what I've been through" już trzeba być przygotowanym.
A muzycznie? Nasz drogi, rozanielony Corey jeszcze za mrocznych, depresyjno-gniewnych czasów zdradzał coraz większą słabość i umiłowanie do zgrabnej melodii i czystego śpiewu (czym zdołał wkurzyć niektórych fanów Slipknot przy okazji ostatniej płyty). Na "Audio Secrecy" daje pełen upust swej miłości do popu. Każdy numer w zestawie jest chwytliwy i/lub ładny (tak, jeszcze bardziej niż dotychczas). Czasem w typowym hardrockowym stylu jak w przypadku singlowego "Say You'll Haunt Me", czasem słodko-balladowo ("Pieces" ze ślicznymi, lekko grunge'owymi zwrotkami i ciut tandetnym refrenem).
Z tymi mocniejszymi kawałkami nie ma problemu. Najczęściej mają w sobie rockowo-metalowy żar, jest w nich energia, a mistrz Nick Raskulinecz sprawił, że brzmią smakowicie i (czasem) potężnie (fantastyczne bębny w najlepszym, najbardziej agresywnym w zestawie "The Bitter End"). Nie brakuje mocnych riffów, heavymetalowych zagrywek, bywa ostro, motorycznie i ciężko, ale obowiązkowo z wpadającym w ucho refrenem. Taylor z rzadka wrzeszczy, zastępując typowe mordy darcie śpiewnym krzykiem bądź delikatnym frazowaniem, co zresztą tylko udowadnia jak zdolnym i wszechstronnym jest wokalistą. Jedynym problemem są ballady. Typowo amerykańskie, rodem z serialu o młodzieży na balu maturalnym ("Hesitate"), albo bardzo niebezpiecznie ocierające się o pościelówy Nickelback czy Bon Jovi (przy każdym przesłuchaniu "Dying" mimowolnie zaczynałam podśpiewywać "I'll Be There For You" panów z New Jersey).
Fani metalu pewnie się śmiertelnie obrażą (o ile nie zrobili tego przy poprzedniej płycie Stone Sour "Come What(ever) May"). Ja tam się nie gniewam. Skoro Corey jest szczęśliwy i zakochany, tylko mu gratulować, a że przy okazji nagrał z kolegami (którzy - do czego się przyznali - początkowo sami byli sceptycznie nastawieni do tych wszystkich melodii) kapitalnie brzmiący, ultra-przebojowy, rockowy (popowy?) album, w to mi graj.