Koncert kwintetu Wojtka Mazolewskiego to z całą pewnością wydarzenie, na które warto było się wybrać. Kompozycje były dla mnie całkowitą niespodzianką, ponieważ nie znałem materiału, który znalazł się na płycie „Smells Like a Tape Spirit”. Dopiero dziś rano wysłuchałem singlowego nagrania „Newcomer”. I tu dochodzimy do sytuacji identycznej, jak w przypadku koncertu „Góry w sercu” - gdybym posłuchał tego przed koncertem – pewnie nie poszedłbym. A jednak warto było.
Z całą pewnością to nie był łatwy koncert. Swobodne, często nawet bardzo, improwizacje, partie solowe z pozoru bezładnie wymieszane z grą całego kwintetu – a wszystko to zawieszone w surrealistycznej konwencji polskiego landszaftu (tytuły utowrów to Kaczeńce, Populacja sikorek, Komunikacja miejska), mogły słuchaczy o mniej „wyrafinowanej” estetyce muzycznej lekko zmęczyć. Z drugiej strony całość, lawirująca między stylistyką pure jazzu z lat 50-60, a nowoczesnymi, ostrymi brzmieniami jazzu skandynawskiego, ułożyła się w bardzo zgrabną całość, która pozostawiła duży niedosyt i ten smak na końcu ucha, który kończy koncert zbyt wcześnie.
Posumowując powiem, że sobotni koncert z pewnością skłoni mnie do sięgnięcia po płytę kwintetu i śledzenia dalszych poczynań grupy, tym bardziej, że w rozmowie po koncercie Wojtek zdradził nam swoje plany związane z powstającym już w głowie, zupełnie nowym projektem.