Lubię EMPiK

28.02.2011Gruff Rhys - "Hotel Shampoo"
Trzeci album w dorobku Walijczyka miał premierę w Święto Zakochanych. Czy jest on prezentem artysty dla ukochanej osoby, nie wiem. Wiem za to, że Gruff Rhys ujawnia na płycie miłość do różnych odmian muzyki sprzed lat. I nieźle mu to wychodzi.

 W 2010 roku Gruff skończył 40 lat. Taki wiek zmusza niektórych facetów do refleksji nad życiem, przemijaniem i kruchością. Bywa, że zaduma kończy się kryzysem wieku średniego i depresją. U Walijczyka na szczęście nie widać żadnych oznak tego typu dolegliwości. Są długie spojrzenia w przeszłość i pojawia się uśmiech.

Owa przeszłość, to nie tylko lata 70., 80., 90. To również lata 60. , kiedy artysty jeszcze nie było na świecie. Rhys zaległości w muzyce popularnej nadrobił. Stąd piosenki o retropopowym ładunku, z uroczymi i dość bogatymi aranżacjami, który mogą kojarzyć się ze Scottem Walkerem i późnymi Beatlesami.

Smyczki, instrumenty dęte i perkusyjne ładnie podkreślają klimat choćby "Vitamin K" i "Take A Sentence". Gruff śpiewa je melancholijnym głosem, który skojarzył mi się momentalnie z Elvisem Costello. Chwilami pachnie The Clash, Tomem Pettym, ale mamy też nieco jazzu, leniwe country, a nawet pogodną aurę, którą dają mocne trąbki. Jakby Rhysowi podgrywał w studiu zespół meksykańskich mariachi.

Minus płyty? Brak kandydatów na przeboje. Poza "Space Dust 2", którą Walijczyk śpiewa w duecie z panią, i "At The Heart Of Love", żadna piosenka się nie wybija. Są ładnie zaaranżowane, melodyjne, ambitne. Bardzo przyjemne do słuchania. "Hotel Shampoo" to druga z dobrych informacji, jakie miał dla nas w tym roku Rhys. Pierwszą było zapewnienie, że Super Furry Animals nie przestaje istnieć. Czekam więc na album zespołu.

26.02.2011Gruff Rhys - "Hotel Shampoo"
Trzeci album w dorobku Walijczyka miał premierę w Święto Zakochanych. Czy jest on prezentem artysty dla ukochanej osoby, nie wiem. Wiem za to, że Gruff Rhys ujawnia na płycie miłość do różnych odmian muzyki sprzed lat. I nieźle mu to wychodzi.

 W 2010 roku Gruff skończył 40 lat. Taki wiek zmusza niektórych facetów do refleksji nad życiem, przemijaniem i kruchością. Bywa, że zaduma kończy się kryzysem wieku średniego i depresją. U Walijczyka na szczęście nie widać żadnych oznak tego typu dolegliwości. Są długie spojrzenia w przeszłość i pojawia się uśmiech.

Owa przeszłość, to nie tylko lata 70., 80., 90. To również lata 60. , kiedy artysty jeszcze nie było na świecie. Rhys zaległości w muzyce popularnej nadrobił. Stąd piosenki o retropopowym ładunku, z uroczymi i dość bogatymi aranżacjami, który mogą kojarzyć się ze Scottem Walkerem i późnymi Beatlesami.

Smyczki, instrumenty dęte i perkusyjne ładnie podkreślają klimat choćby "Vitamin K" i "Take A Sentence". Gruff śpiewa je melancholijnym głosem, który skojarzył mi się momentalnie z Elvisem Costello. Chwilami pachnie The Clash, Tomem Pettym, ale mamy też nieco jazzu, leniwe country, a nawet pogodną aurę, którą dają mocne trąbki. Jakby Rhysowi podgrywał w studiu zespół meksykańskich mariachi.

Minus płyty? Brak kandydatów na przeboje. Poza "Space Dust 2", którą Walijczyk śpiewa w duecie z panią, i "At The Heart Of Love", żadna piosenka się nie wybija. Są ładnie zaaranżowane, melodyjne, ambitne. Bardzo przyjemne do słuchania. "Hotel Shampoo" to druga z dobrych informacji, jakie miał dla nas w tym roku Rhys. Pierwszą było zapewnienie, że Super Furry Animals nie przestaje istnieć. Czekam więc na album zespołu.

25.02.2011Leszek Możdżer - "Impressions on Chopin"
Wybitny i co najważniejsze, w pewnym stopniu modny muzyk jazzowy bierze na warsztat kompozycje Chopina i przerabia je na własną modłę. Z pomysłem, klasą i humorem. Może właśnie to jest sposób na przekonanie młodych do Chopina?

 Wybitny i co najważniejsze, w pewnym stopniu modny muzyk jazzowy bierze na warsztat kompozycje Chopina i przerabia je na własną modłę. Z pomysłem, klasą i humorem. Może właśnie to jest sposób na przekonanie młodych do Chopina?


Jeśli taki był zamysł wydawców i oczywiście samego Możdżera, należy tylko przyklasnąć. Chociażby dlatego, że można się tym wydawnictwem cieszyć nie będąc ani fanem jazzu, ani muzyki klasycznej. Spytacie - jak to w ogóle możliwe? Ano możliwe. Wystarczy jedynie kochać muzykę, tak po prostu. I wtedy docenimy zgrabne, nad wyraz intrygujące łączenie tematów, jak w "Etiudzie a-moll op. 25 nr 4", gdzie Chopin idzie ramię w ramię z Charlie Parkerem, a Możdżer zdaje się nimi dowodzić z wprawą Napoleona. W "Mazurku g-moll op. 24 nr 1" mamy już stuprocentowego Leszka, uciekającego w dodatku w iberyjską stronę, ale czy z jakąkolwiek stratą dla oryginału? Absolutnie nie.

Płytę charakteryzuje świeżość, połączona z pewnym rodzajem wrażliwości, która wyróżnia Możdżera na tle innych muzyków. On potrafi swój styl zaprezentować w nienachalnym stylu. Potrafi też niejako wejść pod kompozycję, jedynie zgrabnie ją odgrywając. Robi to jednak tak, że wyczuwamy jego dotyk. Tak mają tylko wielcy.

Nie mam pojęcia, czy ten album trafi jakkolwiek do ludzi spoza wspomnianych wcześniej "środowisk" muzyki klasycznej bądź jazzu. Dobrze by było, gdyby tak się stało. Trzymam kciuki.

24.02.2011Katy Perry - "Teenage Dream"
Ta płyta miała dać odpowiedź, czy Katy Perry będzie gwiazdą jednego albumu czy też na dobre umocni się w czołówce popowych wokalistek. Jednoznacznej odpowiedzi niestety nie sposób podać.

 "Teenage Dream" trochę rozczarowuje swoją miałkością. Nie jest to wydawnictwo oddające w pełni potencjał wokalistki, a już za częste próby poddawania jej głosu komputerowej obróbce wołają o pomstę do nieba, bo co jak co, ale akurat głos to ona ma dobry. Po co więc te eksperymenty, które nic nie wnoszą? Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wiem za to, że płyta powiela wiele schematów, które tak bardzo spłycają współczesny pop i czynią z niego mało oryginalną papkę.

Po pierwsze podkłady. Część z nich, z doskonałym singlowym "California Gurls", ma potencjał hitowy, ale większość zlewa się w mało interesującą całość. Melodie jakieś takie mało wyraziste - ani rockowe, ani elektroniczne. Dr. Luke, Max Martin, Benny Blanco czy też Stargate to ludzie utalentowani, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że poprzez oddawanie bitów na większość płyt w stylistyce pop/R&B zwyczajnie zaczynają się powtarzać, tracą wyjątkowość.

Zastanawiam się, czy jest sens przyczepiać się do tekstów. Z jednej przecież strony w popie to najmniej istotna część utworu, ale tutaj poziom przeciętności jest ogromny. Katy na poprzednim albumie była wesoła, żartobliwa, maksymalnie wyluzowana i ten luz nadawał polotu oraz lekkości wersom. Tutaj został już tylko luz, ale jest też sporo zblazowania i najzwyczajniej w świecie przynudzania.

Czy to znaczy, że "Teenage Dream" należy całkowicie spisać na straty? Nie, aż tak źle nie jest. Z pewnością kilka numerów znów stanie się hitami. Ale po latach zastanawiając się nad tym, jak powinna brzmień dobra płyta popowa, o drugim mainstreamowym krążku Katy nie pomyślicie nawet przez sekundę.

17.02.2011Apocalyptica - "7th Symphony"
"Piłują" ci Finowie na wiolonczelach i "piłują". I chyba znaleźli sposób, by owo "piłowanie" za szybko się nie nam znudziło.

 
11 lutego 2011, godzina 22:31
News należy do kategorii: RECENZJA MUZYCZNA
Apocalyptica - "7th Symphony"
"Piłują" ci Finowie na wiolonczelach i "piłują". I chyba znaleźli sposób, by owo "piłowanie" za szybko się nie nam znudziło.


Fińscy wiolonczeliści to ludzie inteligentni i ambitni. Dlatego w pewnym momencie dotarło do nich, że trzy wiolonczele i granie samych coverów nie jest dobrym pomysłem na udaną i długą karierę. Stąd od kilku krążków na płytach Apocalyptiki ciekawi goście, którzy ubarwiają wiolonczelowe ataki wokalnie lub instrumentalnie. Wyczuwalny jest też lekki skręt Finów w kierunku progmetalowym oraz coraz lepsze kompozycje ilustracyjne. Gdybym miał doradzać im w karierze, poważnie zastanowiłbym się, czy nie byłoby dobrym pomysłem zaangażowanie się na poważnie w muzykę filmową.

Papiery na dobre utwory instrumentalne mają ("On The Rooftop With Quasimodo", dosyć ponura "Sacra"), a i znajomości w biznesie przednie. Tacy producenci, jak Joe Baresi i Howard Benson z byle kim nie pracują. A Dave Lombardo ze Slayera wspiera Finów po raz kolejny (mocno apokaliptyczny "2010"). Ale z gości najlepiej wypadają ci dający głos. Najmocniej lansuje się singel "End Of Me" z Gavinem Rossdale'em z Bush.

Lecz mnie bardziej przypadła do gustu piosenka "Broken Pieces" ładnie zaśpiewana drżącym głosem przez Lacey Mosley z Flyleaf. Zaraz za nią postawiłbym lekko zalatujący landrynkowatą rozpaczą a la Nickelback "Not Strong Enough" z Brentem Smithem z Shinedown. Nie zachwyca "Bring Them To Light" z Joe Duplantierem z Gojiry. Ot taka szybka, mało pomysłowa nawalanka z umiarkowanym wydzieraniem się.

Proporcje u Apocalyptiki jeszcze są na korzyść instrumentalnych kawałków z mocnym "piłowaniem". Ale czuć, że Finowie dostrzegli, iż obecność piosenek i dość znanych wokalistów dała im lepszą pozycję w Ameryce. Z rozmów z fanami i ludźmi z biznesu muzycznego zapewne dowiedzieli się z kolei, iż im więcej śpiewania, tym wolniej ich płyty się nudzą. Pewnie wciąż będą pisać takie śliczne instrumentalne miniaturki, jak "Beautiful", lecz nie zdziwię się, jak z czasem utwory śpiewane będą górować nad "piłowaniem". Nie mam nic przeciwko odwróceniu proporcji, bo Finowie umieją pisać naprawdę niezłe piosenki, a im więcej ma się na koncie, tym więcej pomysłów można zrealizować. Taka prawda.

2.11.2011Eliza Doolittle - "Eliza Doolittle"
Doktor Doolittle rozumiał język zwierząt. Zaś Eliza Doolittle doskonale rozumie, na czym polega retro pop i demonstruje to w skondensowanej, eleganckiej formule.

 Anglicy od kilku lat zarażają świat popem w starym stylu, dając takie perełki, jak debiut Walijki Duffy. Pierwszy album pochodzącej z Londynu 22-letniej Elizy (prawdziwe nazwisko Caird) takiej siły przebicia chyba mieć nie będzie, lecz nie sposób odmówić mu uroku. Jeśli dalej czynić porównania z książkowym doktorem, to podobnie jak on, młoda piosenkarka da nam sporo radości, pozytywnej energii i na nieco ponad 40 minut oddali na drugi plan zwalające się na nas kłopoty. Zwłaszcza, że piosenki czasem śpiewa głosikiem wesołego podlotka z okolic gimnazjalnych, który właśnie doświadczył po raz pierwszy zakochania.

Eliza ma talent do pisania tekstów, a jej kompozycje zaaranżowane są niezwykle zgrabnie. Ale jej głos się nie wyróżnia. Co roku świat dostarcza nam masy wokalistek śpiewających podobnie. Doolittle ma jednak szansę nie popaść w zapomnienie. Jej debiut pełny jest utworów, które mogą spodobać się nie tylko odbiorcom z pokolenia artystki, lecz również naszym rodzicom lub dziadkom.

"Moneybox", "Go Home", singlowy "Skinny Genes" z urokliwym gwizdaniem, czy "Missing" mogłyby śpiewać Nancy Sinatry, Lulu czy Dusty Springfield w szczytowych okresach karier."A Smokey Room" ma w sobie pierwiastek folkowo-bluesowy, "So High" jest prześliczną kołyszącą miłosną balladą, a "Pack Up" mocnym, rozbuchanym numerem ze znakomitą mocną męską partią wokalną.

Są też momenty nudnawe, jak "Police Car", ale na szczęście nieliczne. Eliza pokazuje też, że nie tylko spogląda na czasy, gdy jej dziadkowie szaleli na potańcówkach. "Mr Medicine" mógłby się znaleźć na płycie na przykład Sheryl Crow i całkiem ładnie na niej lśnić.

Anglicy często histerycznie obwieszczają światu narodziny kolejnych talentów, które znikają równie szybko, jak się pojawiły. Eliza dar ma bezdyskusyjny. Jej debiut broni się nieźle, rokowania są więc dobre. Prawdziwym sprawdzianem jej możliwości będą kolejne płyty.

2.10.2011Crowbar - "Sever The Wicked Hand"
Zmieniło się logo Crowbar, sporo zmieniło się w życiu liderującego mu Kirka Windsteina. Ale muzyka zespołu nie zmieniła się nawet odrobinę. Fanów powinno to ucieszyć.

 Sympatyczny brodacz, który ciężar swojej gitary dodaje również do muzyki Down i Kingdom Of Sorrow, w ostatnich kilkunastu miesiącach nie miał lekko. Jego sympatia do wyskokowych trunków przerodziła się w uzależnienie, wymagające leczenia. Mylił się jednak ten, kto sądził, że niełatwy proces powrotu lidera do trzeźwości choćby w minimalnym stopniu wpłynie łagodząco na twórczość Crowbar. W muzyce wszystko zostało po staremu.

Upaprane w brudzie, masywne, pojękujące ponuro gitarowe riffy, ciężarowa sekcja rytmiczna i krzyczący wokal Kirka - to podstawowe informacje w dowodzie tożsamości Crowbar. Jest w nim hologram z napisem Black Sabbath, znaki mrocznych melodii legend doom metalu, a nawet punkowo-hardcore'owa pieczątka (np. "The Cementery Angels"). Coś dla złapania oddechu także się znalazło, choćby delikatna, krucha "A Farewell To Misery", będąca niczym Clannad wykąpany w sosie sludge. Mało jest na płycie nudnawych, za długich momentów.

Jeśli ktoś czuje miętę do dźwięków z wymienionych stylistyk, będzie słuchał albumu z przyjemnością. To granie z pewnością więcej niż rzetelne. Szybko wnikające w krwiobieg, wywołujące mimowolne machanie głową i kołysanie. Kirk świetnie wyprodukował materiał. Żeby tylko nie kazał czekać na płytę sześć lat i częściej z Crowbar występował.

» 2.11 - Wałbrzych, Klub Apropos
Fiesta Walentynkowa
» 2.12 - Szczawno Zdrój, Teatr Zdrojowy
Koncert Walentynkowy Krzysztofa Krawczyka
» 15.02 - Teatr Zdrojowy - Szczawno-Zdrój
Kabatret Ani Mru-Mru
» 18.02 - Szczawno Zdrój, Teatr Zdrojowy
Karnawałowy Bal Charytatywny
Copyright www.dtp-service.pl © 2004 | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie lub jakiekolwiek inne powielanie i wykorzystywanie wszelkich materiałów zamieszczonych
w serwisie - bez zgody redakcji - wzbronione. Kontakt: redakcja@lubie.walbrzych.pl