Tym, którzy po raz pierwszy spotykają się z projektem, spieszę donieść, iż jest to wspólne przedsięwzięcie Gaby Kulki i zespołu Baaba. Muzycy postanowili pewnego wieczora wystąpić w warszawskim Hard Rock Café i wykonać własne interpretacje utworów Iron Maiden. Znając codzienne poczynania twórców, nieciężko się domyślić, iż były to rzeczy pozbawione heavymetalowego temperamentu . Eksperyment spodobał się na tyle, że zespół najpierw wyruszył w trasę, a w końcu nagrał album.
Osobiście lubię tego typu wydawnictwa i w ogóle lubię covery. Zawsze fascynuje mnie, w jak zaskakujący sposób muzyka potrafi inspirować i na jak niezwykłe artystyczne języki można ją tłumaczyć. Wydawnictwo "Baaba Kulka" bez wątpienia zadziwia, może nawet szokuje, ale - przynajmniej dla niżej podpisanej - przede wszystkim imponuje stylistyczną brawurą, bogactwem pomysłów i odwagą. Na płycie znajdziemy bowiem zwiewny french touch z figlującymi flecikami, orientalne zagrywki z rozbrykanymi przeszkadzajkami, iście gregoriańskie chóry, wirujące latino, wspaniałe popowe refreny, subtelną elektronikę, wycieczki w lata 70., ale i mocno współczesne zagrywki. Celowo nie podaję, który numer, jak przerobiono, bo odkrywanie tego na własne uszy to spora frajda. Powiem tylko, że skądinąd znakomite w oryginale "Aces High" już nigdy nie będzie dla mnie brzmiało tak samo.
Oczywiście, powyższy album należy rozpatrywać w kategoriach ciekawostki, acz niezwykle interesującej. Można było klasyki Iron Maiden nagrać na modłę country albo wszystkie zmienić w tanecznych pogromców parkietu. Gaba z kolegami dołożyli jednak starań, by ich materiał był różnorodny, wielobarwny, pełen niespodzianek, nietuzinkowych rozwiązań i zawsze z alternatywnym szlifem. Nie ma bowiem mowy o pastiszu czy festniarskich klimatach. Krótko mówiąc - brawo.
Pełnowymiarowy album prezentuje nowe oblicze artysty. Blake oddala się od dubstepowych aranżów, łamiąc konwencje typowe dla gatunku, łącząc go z innymi stylami, uwypuklając przede wszystkim warstwę wokalną. James Blake w wywiadach powołuje się m.in. na inspirację twórczością grupy The xx.
Premiera polskiej wersji już 25 marca!
Tak, proszę państwa, melodie. Silne, porywające, wiedzione ładnie prowadzonym wokalem (tak, ładnie). Zespół nie boi się popowych zagrywek i bardzo dobrze. Piosenkowe konstrukcje przykrywa najczęściej grubą warstwą gitarowego zgiełku. Panowie nie stronią jednak od amerykańsko-punkowych, bardzo pozytywnych patentów ("Sixteen", numer tytułowy). Zza oceanu, szczególnie z południowych stanów, zaczerpnęli ponadto odrobinę grząskiego groove'u.
Nie są to może bagienne pomruki, ale w takim "Aftertaste" gitara wspaniale burczy w dolnych rejestrach. Oczywiście nadal mamy też klasyczne, heavymetalowe zacięcie oparte na karuzelowych rytmach ("Spinning Over the Island") oraz niemałą dawkę rockowego dramatyzmu i nieco postmetalowej poetyki. Płeć piękną na pewno ucieszą natomiast balladowo-rozkrzyczane "Owls (Are Watching) i balladowo-rozśpiewane "Medicated".
Pozornie może wydać się tego za dużo jak na jedną płytę, brytyjska formacja zdołała jednak zebrać wszystko w spójny, agresywny materiał. Materiał, z którego bije energia i testosteron. Co tu dużo gadać. To kawał świetnie brzmiącej, chwytliwej, wysokooktanowej muzyki.
Jeśli ktoś poszukuje soundtracku do wiosennego joggingu czy ostrzejszej jazdy na rowerze "Welcome Home Armageddon" nada się idealnie.
Zespół, choć jego członkowie mają słowiańskich przodków, ma w sobie coś na wskroś amerykańskiego. Nic dziwnego, że w USA święcił największe sukcesy, a konsumentowi muzyki w innych częściach świata kojarzy się głównie z piosenką wykorzystaną w wyciskaczu łez "Miasto aniołów". Muzyka, pisana głównie przez Johna Rzeznika, zawiera charakterystyczną nostalgię, melancholię, czasem mocny zryw. Piosenki można idealnie wsadzić do większości opowieści obyczajowych, których tłem jest highschoolowa miłość, szaleństwa młodości, spotkanie po latach na zjeździe absolwentów, przemijanie.
"Something…" John zapowiadał jako album o trudnym emocjonalnym życiu w niełatwych współczesnych czasach. Jedna z kompozycji powstała po liście kobiety, której mąż na wojnie w Iraku został sparaliżowany i nie chciał wrócić do domu, by nie być ciężarem dla innych. Wsłuchując się w piosenki, usłyszymy, że lider Goo Goo Dolls (w kilku kawałkach także basista Robby Takac) nie śpiewa o bzdetach. Jeśli o miłości to wzniośle, poetycko niemalże, lecz bez lukru. John mówi językiem przeciętnego Amerykanina. To swojski facet, któremu akurat udało się odnieść sukces.
Żywsze kawałki, jak "Sweetest Lie", "As I Am" albo świetny singlowy "Home" to miód na uszy rockowego fana. Dla lubiących stadionowe hymny też coś się znajdzie ("Notbroken", "Say You're Free", "Hey Ya"). Aranże są skromne. Goo Goo Dolls nie silą się na ogrom ozdobników. Stawiają na naprawdę fajny klimat. Czasami pyknie fortepian lub klawisz, sztuczne smyki i orkiestracje dyskretnie wyłonią się na moment spod ostrej gitary i wokalu. To na pewno nie jest arcydzieło zespołu, bo to - mam wrażenie - już za nim. To jednak rasowy, fajny rock, którego miło się słucha, a i zatracić się w nim można. Bez reszty.
Mnóstwo wpływów przelewa się przez śliczne piosenki Seana Rowe'a. Songwritera z okolic Nowego Jorku przyrównuje się do Leonarda Cohena i Vana Morrisona. Choć porównania są jak najbardziej trafione, to stanowią ledwie wierzchołek góry. Słychać w utworach starych mistrzów bluesa i country, soul, gospel ("Old Black Dodge"). Zabrzmi waitsowa chrypa, zadźwięczy mocny głos, jak w rockowych numerach Nicka Cave'a, ostry rock w stylu elektrycznego Neila Younga ("Jonathan").
W żadnym wypadku Rowe nie podebrał od mistrzów co ciekawsze kąski i umiejętnie zaadaptował do swoich piosenek. Jego muzyka, akustyczna, uspokajająco-kołysząca, ma własną, unikatową tożsamość. Charakterystyczny baryton Seana rozrzuca nostalgiczną, liryczną nutę refleksji i zadumy nad życiem. Pod nim łagodnie szybują sobie lekko wibrujące dźwięki instrumentów. Całość układa się jakby w sielski krajobraz, parę razy zaburzony przez garażowo-rockowy hałas. Coś w tym związku z przyrodą jest, bo Rowe otwarcie przyznaje się do czerpania inspiracji z otaczającej natury.
"Magic" to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Seana. A to jego trzecia produkcja, choć pierwsza dla cenionej wytwórni Anti- (m.in. Tom Waits, Nick Cave). Zamierzam szybko nadrobić zaległości i sięgnąć po wcześniejsze płyty. Jeśli nawet tylko w połowie są tak dobre, jak "Magic", czekają mnie piękne chwile z poruszającą muzyką. Gorąco polecam i czekam aż ktoś zaprosi Rowe'a do Polski. Przeczucie mówi mi, że na żywo wypada doskonale.
Piosenek prostych, ascetycznych, oszczędnych zarówno pod względem ekspresji, jak i aranżacji. Przez większość "Familial" słyszymy wyłącznie plumkającą gitarę i cichy, kruchy głos bębniarza. Wokal ma dość przyjemny, ale całkowicie przeciętny. To samo zresztą dotyczy kompozycji. Kto spodziewa się choćby echa nieprzewidywalności i finezji, które znamy z dokonań Radiohead, będzie mocno rozczarowany. Selway nie wyważa żadnych drzwi, nie odkrywa nieznanych terytoriów, nawet nie próbuje bawić się brzmieniami czy stylami. Tworzy muzykę bez artystycznej akrobatyki, ale i bez większego uroku.
Utwory Anglika są delikatne, lekkie, z filmowym potencjałem i bardzo do siebie podobne. Wyjątek stanowi "Beyond Reason" z poszatkowanym elektronicznym tłem w stylu Radiohead. Ponadto czasem melancholijną akustyczną podróż przełamią tęskne smyki ("Falling"), kiedy indziej dęciaki ("A Simple Life") czy też chórki Lisy Germano. Większość zlewa się jednak w raczej nijaką, acz zupełnie nieprzeszkadzającą całość. Ponieważ album trwa niewiele ponad pół godziny, tak naprawdę nie zdąży nas znudzić, ale i nie ma w sobie nic, co by mogło porwać czy choćby urzec.
Chociaż "Familial" to raczej pozycja dla kolekcjonerów wszystkiego, co związane z oksfordzkim kwintetem, Selwayowi należą się słowa uznania, za to, że nagrał szczerą płytę wypełnioną muzyką płynącą prosto z serca.
Laureaci Jarocina z 1991 roku zmierzyli się z nieśmiertelnym "Niedziela będzie dla nas" i wyszło im to naprawdę nieźle. Nie dość, że nie zniszczyli klasyka, to wlali weń sporo dynamiki. Jeden dobry cover rzecz jasna płyty dobrą nie czyni. Potrzeba do tego więcej niż połowy udanych piosenek. Na "Soundcheck" da się ich znaleźć ponad pół tuzina.
Roan potrafi zagrać drapieżnie, z zębem, nie zapominając, że ważna jest dobra melodia i chwila na oddech (np. "Maybe", "Simple Guy"). Nie jest też dla nich problemem pisanie balladowych piosenek (w "I Believe" wokalista brzmi trochę jak Simon Le Bon z Duran Duran). Jest na "Soundcheck" granie poprockowe, nawiązania do indie rocka, melodyjnego amerykańskiego rocka i hard rocka, grunge'u ocierającego się o metal. I szczypta Orientu się znajdzie ("Take Me Home"). Kilka piosenek ma singlowy potencjał. Na antenie świetnie sprawdziłyby się "Podnieś głowę", tytułowa, "Na krawędzi", o coverze Niebiesko-Czarnych nie wspominając. Nie przeszkadza też, że większość numerów jest śpiewana po angielsku.
Bije z krążka fajna energia. Sporo tu melodii, które idealnie nadają się do śpiewania podczas koncertów. Do tego całość ładnie brzmi, jest zwięzła, wyważona. Roan nigdy nie był hołubiony przez media, ale trzymam kciuki, aby teraz to się zmieniło i dopadła ich duża popularność. To dobry materiał. Żal by było, gdyby szybko poszedł w zapomnienie.