Jakoś tak się przyjęło z trudem rozwijać skrzydła w poniedziałek. Nawet PRL lubimy wspominać przez pryzmat powolnego rozkręcania się braci robotniczej 'zmęczonej' światowym życiem, co wyśmienicie pokazał film 'Nie lubię poniedziałków'. Dziś okazja sentymentalno-rock'and'roll'owa: urodziny Boba Geldofa. Pamiętajmy mu świetne piosenki zespołu The Boomtown Rats, Live Aid, Aid 8, miliony zebrane dla głodujących w Afryce.
Bob odwiedził Polskę w 2007 roku przy okazji rocznicy wydarzeń sierpniowych, był w Warszawie i Lubiniu. Przy tej okazju udzielił krótkiego wywiadu Gazecie Wyborczej:
Pięćdziesięciosześcioletni dziś Bob Geldof to muzyk, biznesmen, polityk. Zanim założył popularny zespół The Boomtown Rats w 1975 r., pracował m.in. jako rzeźnik, robotnik przy puszkowaniu grochu, dziennikarz muzyczny. Największym przebojem w karierze Geldofa jest piosenka "I Don't Like Mondays" zainspirowana tragicznym wydarzeniem w San Diego w 1978 r., kiedy szesnastoletnia Brenda Ann Spencer zabiła dyrektora i nauczyciela ze swojej szkoły oraz raniła ośmioro kolegów z klasy. W połowie lat 80. Geldof zaangażował się w działalność społeczną, charytatywną, polityczną. Współtworzył takie projekty, jak "Band Aid", "Live Aid", "Live 8" czy "Make Poverty History", dzięki którym udało się zebrać setki milionów dolarów dla potrzebujących w Afryce. Rozpoczął też solową karierę muzyczną, jedna z płyt "Vegetarians Of Love" cieszyła się nawet sporą popularnością.
Łukasz Kamiński: Od nagrania "I Don't Like Mondays" minęło prawie 30 lat. Świat nie zmienił się na lepsze.
Bob Geldof: To była tylko piosenka. Powstała jako reakcja na pewne straszne wydarzenie. Nie miałaby takiej siły, gdyby od tamtego czasu nie wydarzyły by się podobne tragedie. Napisałem ją pod koniec lat 70. w Kalifornii, która w tamtym czasie była takim balonem pełnym plugastw, który po prostu pewnego dnia eksplodował. Byłem zszokowany i przerażony, kiedy przeczytałem w prasie, że Brenda Spencer zapytana o to, dlaczego zabiła przyjaciół, odpowiedziała, że po prostu nie lubi poniedziałków. Uderzyło mnie to, że twoje czyny nie muszą mieć właściwie żadnego powodu czy motywu. Kilka lat później doskonały opis tamtych lat i ludzi dał Bret Easton Ellis w książce "Mniej niż zero".
Ta piosenka zaczęła żyć własnym życiem. Straciłeś nad nią kontrolę.
No tak. Słyszałem ją wiele razy - w jakichś koszmarnych wersjach karaoke, ale też i w przejmujących coverach. Bardzo lubię "I Don't Like Mondays" w wersji Tori Amos. Wciąż jednak czuję emocje, kiedy ją śpiewam, wciąż jest ważna. W chwili, gdy przestanie mnie ruszać, przestanę ją śpiewać. Nie będą odwalał żałosnej pantomimy.
Za kogo się uważasz, za muzyka czy aktywistę, polityka?
Kiedyś byłem przede wszystkim muzykiem. Granie sprawia mi więcej radości niż kiedyś. Już nie mam poczucia, że muszę się ścigać z innymi muzykami o czołowe miejsca na listach przebojów, nie muszę walczyć o jak największą sprzedaż płyty. Nie muszę, bo i tak mało kto kupiłby mój nowy album albo zapłacił kupę kasy za bilet na koncert. Jestem w tym wieku, że już nic nie muszę nikomu udowadniać.
Dziś każdy mój dzień dzieli się na cztery części - politykę, biznes, muzykę i rodzinę. Politykę uprawiam, bo potrzebuje tego moja głowa, biznes z potrzeby brzucha, muzykę komponuję dla duszy, a rodzina to moje serce.
Ale te cztery elementy się mieszają.
Oczywiście. Cały czas wiszę na telefonie. Nawet kiedy gram na gitarze, rozmawiam przez komórkę, trzymając ją ramieniem - czasem trwa to tak długo, że łapią mnie skurcze!
Za swoją działalność społeczną otrzymałeś dziesiątki nagród, wyróżnień. Które z nich jest najważniejsze?
Nie pamiętam wszystkich. Sprawiło mi wielką radość i zaszczyt otrzymanie nagrody przyznawanej przez laureatów Nagrody Nobla.
Za co najbardziej chciałbyś być zapamiętany?
Po śmierci? Guzik mnie to obchodzi. Choć oczywiście coś tam po sobie zostawię. Niektórzy będą pamiętali "Live Aid" jako ważne wydarzenie charytatywne, ale też jako naprawdę dobry koncert. Inni zapamiętają mnie przez "I Don't Like Mondays". Wiem, że w porównaniu z The Beatles czy The Rolling Stones wypadam żałośnie, ale i tak świadomość, że nagrałem coś, co znane jest na całym świecie, sprawia mi przyjemność. Choć wolałbym mieć np. cztery znane piosenki.
Rozmawiał: Łukasz Kamiński/Gazeta Wyborcza
A ponieważ universal music wciąż nie zgadza się na umieszczanie na stronach wideoklipu ze słynną piosenką w wykonaniu The Boomtown Rats przypominamy odcinek House'a, w którym doktor spotkał Dave'a Mathews'a. Happy birthday Bob!
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Redakcja portalu zastrzega, że w komentarzach i opiniach nie mogą znaleźć się treści reklamujące przedsiębiorców, ich działalność lub oferowane przez nich towary i usługi; nie mogą się też znaleźć treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwie, naruszające zasady współżycia społecznego, naruszające prawa Redakcji lub innych osób - w przypadku pojawienia sie takich opinii będą one przeredagowane, ich treść skrócona lub usunięta.